TL:DR: Jeśli czegoś nie umiesz to pół biedy. Gorzej jak nie wiesz czego nie umiesz i stajesz przed ścianą, którą nie masz pojęcia jak pokonać. Jedyne co pozostaje to pamiętać, że prawdopodobnie to nie może być niemożliwe i próbować. Tylko czy warto?

Czuję, że jestem w bardzo podobnym miejscu jak ostatnio kiedy rzuciłem naukę programowania.

W sensie wiem dużo więcej, ale znów staję przed ścianą swojej niewiedzy i nie bardzo wiem jak ruszyć dalej.

Najgorzej jest kiedy nie wiesz czego nie wiesz, bo nie masz pojęcia nie tylko jak rozwiązać problem, ale jakie w ogóle zadać sobie pytania.

Dobra może prościej na przykładzie.

Dopóki masz do nauki składnię, albo uczysz się jak zrobić, żeby w danym miejscu pojawił się przycisk i wykonywał to co chcesz to masz dość jasno sprecyzowany problem. Wtedy google i jechane. Gorzej jest jak masz do rozwiązania problem co do którego nie wiesz nawet jak masz się zabrać. To trochę tak, że jak nie wiesz co to GUI i czym w ogóle jest programowanie to ścianą może być również postawienie przycisku. Nie wiesz od czego w ogóle zacząć. Nie wiesz nawet jakie pytanie wpisać w przeglądarkę.

Męczyć się czy odpuścić?

To jest bardzo trudny moment. Czasem nawet wiesz, że możesz rozwiązać ten swój powstały problem jakimiś potworkami będącymi zlepkiem twojej dotychczasowej wiedzy, ale czujesz bardzo mocno, że to jest bezsensu, bo wymaga to absurdalnej ilości żmudnej pracy, która przyniesie mizerne efekty lub nie przyniesie ci ich wcale.

Najgorsze, że tych ścian jest wiele.

Przeskoczysz jedną to tylko kwestia czasu aż napotkasz kolejną, bo zawsze będzie moment w którym musisz wskoczyć na nieco wyższy poziom.

Dla mnie tą ścianą teraz jest praca z danymi. Te nad, którymi teraz pracuję są przecież bardzo proste, ale parę warunków musi być spełnione na raz i znów pojawiaja się pytanie…

Czy ja w ogóle dobrze się za to zabieram?

Ostatnio usłyszałem takie zdanie, że bycie programistą wiążę się z tym, że trzeba się pogodzić z permanentnym stanem, że czegoś nie wiesz. Cholera. To jest trudne.

No i właśnie nie tyle fakt, że czegoś nie wiesz, ale ten moment w którym nie masz pojęcia o istniejących rozwiązaniach i nie wiesz o co zapytać.

Zmarnowałem czas czy nie?

Ostatni tydzień a może i więcej spędziłem nad rozwiązywaniem problemu, który pewnie komuś z doświadczeniem zajęłoby kilka minut. To strasznie frustrujące mieć taką świadomość. Wiedzieć, że gdyby obok ciebie stał taki ktoś i ci pomógł zaoszczędziłbyś mnóstwo czasu.

Myślę, że trzeba się pogodzić z tym, że niezawsze taki ktoś obok będzie lub że nawet jak będzie to ty nie będziesz umieć zadać właściwego pytania. Co oczywiście nie znaczy, że nie warto próbować.

Trzeba też odpowiedzieć sobie na pytanie czy ten czas poświęcony na móżdżenie o banalnym problemie jest czasem straconym.

Do pewnego stopnia może i tak, bo można by szybciej, sprawniej, ale w ogólnym rozrachunku lepsze to niż niezrobienie niczego. Praca umysłowa nie jest tak łatwo wymierna jak fizyczna. Tutaj ilość czasu != ilość pracy.

Nie tylko efekty są pracą

Ostanio zasłyszałem też jeszcze jedną myśl. Myślenie o problemie to też praca i należy ją doceniać.

Tylko jak tą racjonalną myśl przekazać wkurzonemu i sfrustrowanemu sobie? Pewnie każdy musi to zrobić po swojemu. Warto jednak zdać sobie sprawę z tego, że pokonanie ściany jest możliwe.

Czy to ma sens?

Z tym, że racjonalna część też zadaje pytania. Czy czasem nie próbuje rozwiązać problemu sposobem, który jest z góry skazany na porażkę.

Czy nie wpędzam się w syzyfową pracę? Najgorsze jest to, że czasem tego nie wiadomo. Może się okazać, że przez dłuższy czas brnęło się w ślepy zaułek i trudno nie uznać tego czasu za stracony.

Z tym, że często może być tak, że tylko nam się wydaje, że droga, którą wybraliśmy jest bez sensu a w rzeczywistości prowadzi nas do celu.

Bo trochę tak jest, że zanim zobaczymy światełko w tunelu poruszamy się po omacku w ciemności, ale nie oznacza to, że zmierzamy donikąd.

A może to inwestycja?

Może po prostu trzeba się z tym pogodzić i potraktować to wszystko jako swego rodzaju inwestycje?

Coś na zasadzie, że ok, kilka razy wykonałem syzyfową, bezsensowną pracę, ale raz udało mi się po omacku do czegoś dojść. W ogólnym rozrachunku to przecież nieprównywalnie lepsze niż niepodejmowanie wysiłku wcale.

Bilans i tak będzie dodatni a dodatkowo prawie zawsze można wyciągnąć wnioski czy ogólnie jakieś plusy nawet z syzyfowej pracy.

Wiadomo, że czas to pieniądz i jest potrzeba, żeby mieć szybko i już. Ale czasem zamiast tylko konsumować czas warto go zainwestować podejmując świadome ryzyko straty. No na tym polega inwestowanie.

2 uwagi do wpisu “Znów staję przed ścianą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s